Facebook

fighter

Dwa miesiące – rollercoaster

861184_226208707523508_2007724262_o 10426534_893642264029762_765946612402140942_n 11111599_646303372171406_9135235686721592720_o

 

Dwa miesiące od ostatniego wpisu minęły – dużo się działo ostatnio, postaram się to sklecić w jakąś mniej lub bardziej logiczną całość :) Dlaczego w tytule pada słowo „rollercoaster”? Działy się tak samo cudowne jak i beznadziejne rzeczy. Zdecydowanie więcej będzie o pozytywnych.

Zaczynając – 30 maja wybrałem się na wyczekiwany przeze mnie koncert jednej z moich uko-uko-ukochanych artystek – Justyny Steczkowskiej, Dwie godziny z kawałkiem na koncercie. Nie da się opisać – wokaliza z filmu „Dziewiąte wrota” mistrza Kilara, a na samym końcu moje ukochane „Wracam do domu”, gdzie popłynęły mi łzy. Coś absolutnie pięknego, nie tylko w kwestii wokalu, wyglądu, ale też tego, co w trakcie koncertu mówiła sama Pani Justyna. Zdobycie autografu i zamienienie kilku słów z jedną z moich największych inspiracji było bezcennym doświadczeniem :) Dowodem zdjęcie powyżej – ja wzruszony, spocony i nieogarnięty jak zwykle, a Pani Justyna – błyszczy jak zawsze. I ma wszelkie powody ku temu, by wywyższać się nad innych, ale nie – jest tak skromna, że to dodatkowo mnie powala.

Czerwiec minął pod znakiem sesji – nie znam jeszcze wszystkich wyników, wiem, że jeden egzamin mam do poprawy, no ale cóż – noga może powinąć się każdemu. Poza tym wybrałem się na Lednicę, gdzie spotkałem starych i nowych znajomych i miałem sporo okazji ku temu, by pomyśleć nad tym, co Bóg zdziałał w moim życiu w ostatnich czasach. Trudne to dla mnie było, ale udało się :) Zdjęcie po prawej stronie.


A przełom maja i czerwca to coś, na co czekałem całe życie – nagrałem 4 kawałki w studio. Wydałem trochę za dużo kasy na to, ale warto na marzenia dać wszystko. Ukochane „Wracam do domu” Justyny Steczkowskiej, „Nobody’s perfect” Jessie J (i stąd moje zdjęcie zaraz po meczu), „And I am teling you I’m not going” Jennifer Hudson i moja własna kompozycja pt. „Forgive me”. Naprawdę byłem wzruszony, będąc przy obróbce własnego kawałka. To niezwykłe uczucie. Chcę żyć z muzyki, wydawać płyty, grać koncerty i móc się z tego utrzymać, a do tego trafiać do ludzi jak najgłębiej się da. Wierzę, że Bóg mi pozwoli na spełnienie tego małego/wielkiego marzenia.

Niestety, w międzyczasie nie wszystko układało się jak bym tego chciał. Dla równowagi w przyrodzie musiało się stać coś, o czym myślę praktycznie bez przerwy. Ale o dziwo, podniosłem się po tym o wiele szybciej niż zwykle się to działo. Wierzę, że w tym Pan Bóg też ma coś dla mnie dobrego zapisanego, więc wierzę, że może się to ułoży choć trochę tak, jakbym chciał i jak chcę od samego początku. Nie chcę się nad tym rozwodzić – to co złe, mija i trzeba na tym przejść do porządku dziennego. Mimo, że jest ciężko, nie może zabraknąć uśmiechu i wsparcia dla innych od Ciebie – są ludzie, dla których warto żyć i którzy Ciebie potrzebują. Pomyśl o tym czasem, kiedy siedzisz, może płaczesz i użalasz się nad sobą – ani to sprawy nie rozwiązuje, ani nie pomaga Tobie szybciej się podnieść. Jak to było w „Gdzie jest Nemo”? „Wiesz co się robi, jak życie dołuje? Mówi się trudno i płynie się dalej. Płynie się dalej, płynie, płynie” (org. When life gets you down you know what you’re gonna do? Just keep swimming, just keep swimming, just keep swimming, swimming, swimming.) Płyńmy więc! :)

Nagrania są na kanale pod linkiem: http://www.youtube.com/adamus4567 

Przede mną wakacje – rekolekcje, Dni Młodzieży, pielgrzymka, Memoriał Wagnera… i jeszcze trochę. Trzymajcie się! :)

 Adaś

So thanks for making me a fighter

Paul :)

…takie słowa można usłyszeć w refrenie jednej z piosenek Christiny Aguilery. I ten kawałek mojego bloga będzie takim podziękowaniem.

No więc to było tak: 24.04.2015 – drugi mecz finałów PlusLigi Resovii z Lotosem w Gdańsku, do przejechania z rodziną jakieś 200 kilometrów, wcześniejszy wyjazd, pierwsza wizyta w Ergo Arenie i wreszcie emocje sięgające zenitu – Resovia wygrała w tie-breaku. Radość moja, jako kibica Resovii (od kiedy pamiętam), była wyczuwalna tempem bicia serca tak szybkim, że ledwo odróżniałem kolejne uderzenia, przyłożywszy sobie dłoń do klatki piersiowej :) No ale nic to – jakiś autograf koniecznie trzeba zdobyć. A obowiązkowo – mojego idola!

Czekanie przez kilka minut w pobliżu boiska, które wydawało się być wiecznością. A efekt widoczny powyżej. Razem z grupą kibiców wołamy idącego Paula. Ten podchodzi… do mnie! „Hi Adam!” Ja w szoku, ale opanowanym w miarę szybko, nawiązuję rozmowę i podsuwam zeszyt po autograf i, rzecz jasna, proszę o zdjęcie. Potem mój brat i świeżo poznana koleżanka. Wychodząc z hali i jadąc potem do domu, długo nie mogłem się pozbierać. Miałem łzy w oczach ze szczęścia, co dzieje mi się rzadko, choć ostatnimi czasy ponad normy unijne ;)

Mój idol, wieeelka inspiracja, świetny siatkarz i cudowny, skromny człowiek, rozpoznał mnie w tłumie! Czy ten wieczór mógł się lepiej skończyć? Oczywiście, że nie. Walczyłem długo chociażby o to, żeby się do niego dobić tu i tam, bo wiedziałem, że jak każdy siatkarz jest zajęty często do tego stopnia, że nawet narzekać na zmęczenie się nie chce (wiem, co mówię, sam trenowałem). Udało się. Ale na to, że spośród wielu swoich fanów właśnie mnie zapamięta, nie wpadłbym przenigdy, nawet w najśmielszych snach. Jaram się jak dziecko :) Nikt mi tego wspomnienia nie zabierze. I wiary w to, że marzenia się spełniają, a niemożliwe nie istnieje (szczególnie jeśli chodzi o Pana Boga). Wiara naprawdę czyni cuda. 

Paul, dziękuję za to, co robisz i jakim człowiekiem jesteś. Panie Boże, dziękuję Ci za takie cudowne chwile, jakie zapisałeś w moim życiu.

Pamiętaj: niemożliwe nie istnieje. Nigdy nie mów nigdy! :)
Adaś Gje ;)