Facebook

marzenia

6 miesięcy



Wow! Kochani! Minęło bite pół roku! Nie sądziłem, że aż taki odstęp uda mi się osiągnąć między kolejnymi wpisami. Mea culpa, wybaczcie! :)

To było bardzo dłuuuuuugie 6 miesięcy. Nie będę ukrywał – cieszyłem się w Sylwestra, że rok 2015 nareszcie się zakończył. Uwierzcie mi, naprawdę nie było łatwo. Walka ze studiami najpierw, potem naprawdę wiele wyzwań na polu ewangelizacyjnym, do tego siatkówka tu i tam. Ale powoli, po kolei.

Najpierw studia – jak pewnej części studentów – zdarzyła mi się poprawka. Kosztowała mnie sporo nerwów, stresu, dodatkowego wysiłku i czasu. Ale mimo wszystko – jestem na prostej. II rok już nie taki straszny (powiedział student chwilę przed sesją :P).

Z moją muzyką docieram coraz dalej. Nie jest to zasięg spektakularny, ale walczę. Mam nadzieję, że Bóg mi pomoże, bo czuję, że właśnie tego ode mnie chce – żebym żył z muzyki, robił płyty, grał koncerty, trafiał do ludzi z Bogiem i wrażliwością. Jeśli tego chce – wiem, że mi pomoże :) Co do muzyki – poznałem niesamowitego człowieka. Wiele miesięcy wcześniej mówili mi o nim przyjaciele „jest świetny, genialny”. Raper, który w przekazie niesie dużo Bożej Miłości przez wielkie M. Nazywa się Tau. Dopiero, kiedy moja dobra znajoma obiecała mi bilety na koncert w moim kochanym mieście, postanowiłem się wybrać i zapoznać z jego twórczością. Koncert był 3. grudnia. Równo tydzień wcześniej postanowiłem wreszcie posłuchać, co to za jeden i dlaczego jest taki dobry. Przesłuchałem wszystkie kawałki z pierwszej płyty Tau „Remedium”, jakie są na jego kanale na YouTube. Szczęka mi opadła. Byłem bardzo poruszony. Przesłuchałem też pierwszy singiel z nowej płyty „Restaurator” o tym właśnie tytule. Jak to ładnie ktoś napisał – „Remedium” poruszył moje serducho, a „Restaurator” je wyrwał. Koncert pełen prawdziwej Bożej energii, rozmowa z Tau do późna (o 1. w nocy wylądowałem w domu), przekazanie mu mojej płyty z kilkoma nagraniami. I to zdjęcie, które widać w tym wpisie :) Niezwykłe doświadczenie, świetny człowiek, który jest cały dla swoich fanów, bo Bóg tak chciał! To niesamowite i wzruszające, bo tacy ludzie (mówcie, co chcecie), są dzisiaj nieliczni i baaardzo potrzebni.

 

 

 

 

 

Tau

Ewangelizacja – tu się działo dużo. Uwielbienie na toruńskiej Starówce, przygotowanie kandydatów do bierzmowania, msze o uzdrowienie, wieczory chwały i inne takie – dużo grania na Chwałę Pana, ale i też pewien stres – zostałem szefem zespołu w mojej wspólnocie i od razu się przekonałem, że to niełatwe zadanie :) Ale zrobiliśmy bardzo wiele i jestem z tego dumny :)
Poza tym rekolekcje, pielgrzymka… Diecezjalne Dni Młodzieży w Hartowcu i spotkanie z moimi kochanymi łysymi baniami – Wyrwanymi z niewoli :) I to drugie zdjęcie. Przecudowny czas, cudowni ludzie i… sporo pracy :D Ale cóż, na Chwałę Bożą trzeba się czasem narobić :D

WzN

Siatkówka… hmmm… Pękło mi serce, kiedy nasi w Japonii na Pucharze Świata przegrali jeden mecz z 11 i to zabrało im szanse na wyjazd do Rio… Ręce opadają, jeśli chodzi o organizację IO, naprawdę. Teraz biją się w Berlinie. Dziś przegrali półfinał. Jutro wierzę, że wygrają mecz o 3 miejsce i potem wyrwą sobie kwalifikację w maju, ponownie w tej cholernej Japonii. A poza tym – pomagam młodszym chłopakom grać. Skoro siatkówka jako zawodnika potraktowała mnie bezlitośnie, to może chociaż jako wsparcie mojej Trenerki z liceum, ta dyscyplina będzie dla mnie nieco bardziej łaskawa…

A, no i jeszcze jedna rzecz – jestem zadrutowany nareszcie! :) Mój zgryz będzie się jeszcze przez jakieś półtora roku prostował. Zobaczymy, czy to pomoże :D Miejmy nadzieję, że chociaż odrobinę pewności siebie zyskam dzięki temu ;) Bo na scenie nie mogę się zapaść pod ziemię ;) Jeśli wierzysz – pomódl się, proszę, za mnie. Jeśli nie – pomyśl życzliwie :) Pomagaj ludziom w potrzebie, zbieraj przyjaciół – dobro, które wypuszczasz, zawsze wraca :)

„Nawet jeśli Wszechświat cały wali się, pomożemy przetrwać każdy kiepski dzień. Musisz się uśmiechać, to jest tylko test. Nie poddawaj się, nie poddawaj się!” (Tau, „Goliat”) :)

Czymcie się! :)
Adaś

Dwa miesiące – rollercoaster

861184_226208707523508_2007724262_o 10426534_893642264029762_765946612402140942_n 11111599_646303372171406_9135235686721592720_o

 

Dwa miesiące od ostatniego wpisu minęły – dużo się działo ostatnio, postaram się to sklecić w jakąś mniej lub bardziej logiczną całość :) Dlaczego w tytule pada słowo „rollercoaster”? Działy się tak samo cudowne jak i beznadziejne rzeczy. Zdecydowanie więcej będzie o pozytywnych.

Zaczynając – 30 maja wybrałem się na wyczekiwany przeze mnie koncert jednej z moich uko-uko-ukochanych artystek – Justyny Steczkowskiej, Dwie godziny z kawałkiem na koncercie. Nie da się opisać – wokaliza z filmu „Dziewiąte wrota” mistrza Kilara, a na samym końcu moje ukochane „Wracam do domu”, gdzie popłynęły mi łzy. Coś absolutnie pięknego, nie tylko w kwestii wokalu, wyglądu, ale też tego, co w trakcie koncertu mówiła sama Pani Justyna. Zdobycie autografu i zamienienie kilku słów z jedną z moich największych inspiracji było bezcennym doświadczeniem :) Dowodem zdjęcie powyżej – ja wzruszony, spocony i nieogarnięty jak zwykle, a Pani Justyna – błyszczy jak zawsze. I ma wszelkie powody ku temu, by wywyższać się nad innych, ale nie – jest tak skromna, że to dodatkowo mnie powala.

Czerwiec minął pod znakiem sesji – nie znam jeszcze wszystkich wyników, wiem, że jeden egzamin mam do poprawy, no ale cóż – noga może powinąć się każdemu. Poza tym wybrałem się na Lednicę, gdzie spotkałem starych i nowych znajomych i miałem sporo okazji ku temu, by pomyśleć nad tym, co Bóg zdziałał w moim życiu w ostatnich czasach. Trudne to dla mnie było, ale udało się :) Zdjęcie po prawej stronie.


A przełom maja i czerwca to coś, na co czekałem całe życie – nagrałem 4 kawałki w studio. Wydałem trochę za dużo kasy na to, ale warto na marzenia dać wszystko. Ukochane „Wracam do domu” Justyny Steczkowskiej, „Nobody’s perfect” Jessie J (i stąd moje zdjęcie zaraz po meczu), „And I am teling you I’m not going” Jennifer Hudson i moja własna kompozycja pt. „Forgive me”. Naprawdę byłem wzruszony, będąc przy obróbce własnego kawałka. To niezwykłe uczucie. Chcę żyć z muzyki, wydawać płyty, grać koncerty i móc się z tego utrzymać, a do tego trafiać do ludzi jak najgłębiej się da. Wierzę, że Bóg mi pozwoli na spełnienie tego małego/wielkiego marzenia.

Niestety, w międzyczasie nie wszystko układało się jak bym tego chciał. Dla równowagi w przyrodzie musiało się stać coś, o czym myślę praktycznie bez przerwy. Ale o dziwo, podniosłem się po tym o wiele szybciej niż zwykle się to działo. Wierzę, że w tym Pan Bóg też ma coś dla mnie dobrego zapisanego, więc wierzę, że może się to ułoży choć trochę tak, jakbym chciał i jak chcę od samego początku. Nie chcę się nad tym rozwodzić – to co złe, mija i trzeba na tym przejść do porządku dziennego. Mimo, że jest ciężko, nie może zabraknąć uśmiechu i wsparcia dla innych od Ciebie – są ludzie, dla których warto żyć i którzy Ciebie potrzebują. Pomyśl o tym czasem, kiedy siedzisz, może płaczesz i użalasz się nad sobą – ani to sprawy nie rozwiązuje, ani nie pomaga Tobie szybciej się podnieść. Jak to było w „Gdzie jest Nemo”? „Wiesz co się robi, jak życie dołuje? Mówi się trudno i płynie się dalej. Płynie się dalej, płynie, płynie” (org. When life gets you down you know what you’re gonna do? Just keep swimming, just keep swimming, just keep swimming, swimming, swimming.) Płyńmy więc! :)

Nagrania są na kanale pod linkiem: http://www.youtube.com/adamus4567 

Przede mną wakacje – rekolekcje, Dni Młodzieży, pielgrzymka, Memoriał Wagnera… i jeszcze trochę. Trzymajcie się! :)

 Adaś

So thanks for making me a fighter

Paul :)

…takie słowa można usłyszeć w refrenie jednej z piosenek Christiny Aguilery. I ten kawałek mojego bloga będzie takim podziękowaniem.

No więc to było tak: 24.04.2015 – drugi mecz finałów PlusLigi Resovii z Lotosem w Gdańsku, do przejechania z rodziną jakieś 200 kilometrów, wcześniejszy wyjazd, pierwsza wizyta w Ergo Arenie i wreszcie emocje sięgające zenitu – Resovia wygrała w tie-breaku. Radość moja, jako kibica Resovii (od kiedy pamiętam), była wyczuwalna tempem bicia serca tak szybkim, że ledwo odróżniałem kolejne uderzenia, przyłożywszy sobie dłoń do klatki piersiowej :) No ale nic to – jakiś autograf koniecznie trzeba zdobyć. A obowiązkowo – mojego idola!

Czekanie przez kilka minut w pobliżu boiska, które wydawało się być wiecznością. A efekt widoczny powyżej. Razem z grupą kibiców wołamy idącego Paula. Ten podchodzi… do mnie! „Hi Adam!” Ja w szoku, ale opanowanym w miarę szybko, nawiązuję rozmowę i podsuwam zeszyt po autograf i, rzecz jasna, proszę o zdjęcie. Potem mój brat i świeżo poznana koleżanka. Wychodząc z hali i jadąc potem do domu, długo nie mogłem się pozbierać. Miałem łzy w oczach ze szczęścia, co dzieje mi się rzadko, choć ostatnimi czasy ponad normy unijne ;)

Mój idol, wieeelka inspiracja, świetny siatkarz i cudowny, skromny człowiek, rozpoznał mnie w tłumie! Czy ten wieczór mógł się lepiej skończyć? Oczywiście, że nie. Walczyłem długo chociażby o to, żeby się do niego dobić tu i tam, bo wiedziałem, że jak każdy siatkarz jest zajęty często do tego stopnia, że nawet narzekać na zmęczenie się nie chce (wiem, co mówię, sam trenowałem). Udało się. Ale na to, że spośród wielu swoich fanów właśnie mnie zapamięta, nie wpadłbym przenigdy, nawet w najśmielszych snach. Jaram się jak dziecko :) Nikt mi tego wspomnienia nie zabierze. I wiary w to, że marzenia się spełniają, a niemożliwe nie istnieje (szczególnie jeśli chodzi o Pana Boga). Wiara naprawdę czyni cuda. 

Paul, dziękuję za to, co robisz i jakim człowiekiem jesteś. Panie Boże, dziękuję Ci za takie cudowne chwile, jakie zapisałeś w moim życiu.

Pamiętaj: niemożliwe nie istnieje. Nigdy nie mów nigdy! :)
Adaś Gje ;)

Nuuuda… wywołuje różne rozkminy…

20150401_164356

Poznajesz??? Może kiedyś miałeś okazję zetknąć się z tym bliżej. Kroplówka – tu konkretnie lek przeciwbólowy. Więc tak: w prima aprilis miałem operację usunięcia prawej dolnej ósemki, która za nic nie chciała wyrosnąć ponad dziąsło i rozleniwiona położyła się bokiem. Znieczulenie, operacja, trzy dni w szpitalu, leki przeciwbólowe, te sprawy. I jedna, potworna nuuuuuda. Nawet jeść normalnie nie można. I co?? Rozkminy na wszystkie tematy. Bo ile można słuchać muzyki?? A tu ani z kim pogadać, ani połazić gdzie (oczywiście przez krótki czas miałem „współlokatora”, ale jak na złość przez bite dwa dni leżałem na sali sam). No i drugiego dnia rano było najgorzej – miałem łzy w oczach, bo tak bardzo nie chciałem leżeć w szpitalu z powodu jednego durnego zęba. Użalanie się nad sobą ruszyło pełną parą… Aż w końcu poszedłem kupić wodę (z 7 piętra na parter) i zobaczyłem kilku poważnie chorych ludzi. I opamiętanie przyszło tak automatycznie – ja tu się roztkliwiam nad swoim ząbkiem a tuż koło mnie ludzie umierają… I jakoś tak wyszło, że te kolejne godziny zleciały szybko. Następnego dnia wyszedłem ze szpitala i pojechałem z rodziną do babci na święta. Ważna lekcja: ciesz się byle bzdurą, póki jeszcze ją masz! :) Niedługo kolejny wpis o spełnianiu marzeń… :)

Inspiracje…

PL6 JerseyTo zdjęcie przedstawia coś, co jest dla mnie bardzo ważne. Związana z tym historia jest dłuuuga jak korki na trasie i kolejki w sklepach przed świętami. Zacznę tak: jedną z moich pasji jest siatkówka. Trenowałem ją na poziomie młodzika, kadeta i juniora łącznie przez 6 lat. Swego czasu wraz z drużyną dotarliśmy do półfinału Mistrzostw Polski i niewiele zabrakło do kolejnego kroku. Zostały wspomnienia zarówno piękne, jak i takie, które chciałbym z pamięci na dobre wyrzucić. 

O wiele szybciej niż granie zaczęło się meczów oglądanie (nie czuję, kiedy rymuję). Od kiedy sięga pamięć kibicuję Asseco Resovii Rzeszów. Lecz dopiero niedawno udało mi się kupić koszulkę (replikę) siatkarza, którego zacząłem obserwować jeszcze za czasów mojej „kariery” sportowej. Mowa tu o dziwo, nie o Polaku, ale o Amerykaninie – Paulu Lotmanie. 

Zauważyłem, iż jego styl gry najbardziej pasuje do tego, który staram się sobą reprezentować. Kilka cech się na to złożyło: nie jest najwyższy w drużynie mimo 200 cm wzrostu, nie jest najsilniejszy, długo czekał na swoją szansę (szczególnie patrząc na obecny i poprzedni sezon, co mnie nieco smuci), ale za to jest dobrze wyszkolony technicznie i świetnie gra w obronie. Śledząc bacznie kanał na YouTube związany z Resovią, niejeden wywiad z nim zdołałem obejrzeć. Jak to zwykle bywa, zasięgnąłem informacji o jego życiu prywatnym (żona Paula, Jasmine, jest piękną kobietą i przepraszam za tą uwagę, ale mam wrażenie, iż ich wzajemna miłość i przyjaźń promienieje, gdziekolwiek by się razem nie znaleźli :) ). Na podstawie różnych rozmów etc. zauważyłem, że oprócz tego, iż Paul jest świetnym siatkarzem, to jest też skromnym, fantastycznym i mega pozytywnym człowiekiem o genialnym uśmiechu. 

Stał się moim idolem. Po prostu. Dzięki swojej ciężkiej pracy na treningach i na meczach w jego wykonaniu, ja czułem się zmotywowany do trenowania ale i do spełniania swoich marzeń, nie tylko siatkarskich. Postanowiłem mu podziękować za to co robi. Może to głupie, ale dziękuję za to baaaardzo wielu osobom – od przyjaciół i rodziny poczynając, na artystach, sportowcach i innych ludziach z różnych zakątków świata kończąc. Wcześniej będąc w Bydgoszczy na meczu Resovii z tamtejszą Delectą (dziś Transferem) i zdobywszy zdjęcie z nim i jego autograf, napisałem potem do niego na facebooku. Czekałem gorączkowo odpowiedzi, a wręcz się jej dopraszałem, doskonale wiedząc, że facet zwyczajnie jest zajęty, a poza tym takich jak ja fanów ma pewnie o wiele więcej. Po jakimś czasie odpuściłem, wierząc, że odpisze.

I tu wpadła mi do głowy myśl – napisz do niego list! I znowu – nie, nie przeczyta, po co to, zachowuję się jak dziecko. A może po prostu napisz i już? Napisałem chyba ze 2 strony A4. Wysłałem (poleconym z informacją zwrotną o dostarczeniu do adresata). I nadszedł ten piękny dzień – Walentynki. Z samego rana, czyli o 10, przebudziłem się. Ponieważ od wczoraj nie sprawdzałem fejsa, postanowiłem sprawdzić go przy pomocy mojego telefonu. Włączyłem Wi-Fi, otrzymując kilkanaście powiadomień z dnia poprzedniego. Tu włączył mi się Messenger. I zobaczyłem jego zdjęcie profilowe. Tak! Paul Lotman mi odpisał! Co napisał – moja i jego sprawa (no sorry, tajemnica korespondencji, strzeżona m.in. Europejską Konwencją Praw Człowieka, hello!). Ważne, że moje serducho bardzo się ucieszyło.

Ot, i cała historyja. Jarałem się jak dziecko, jak typowa „najwierniejsza fanka”. Ale to dla mnie było ważne – człowiek, który mnie inspiruje, o tym wie. I już. Jest dobrze? Jest! :) A celem wyjaśnienia – zamieściłem tu zdjęcie mnie ubranego w strój reprezentacyjny siatkarza USA. Którego? Paula rzecz jasna! I to jako prezent od niego samego. Dziękuję! To moja pamiątka, którą pokażę moim dzieciom, jeśli zostanę nimi pobłogosławiony.

Dlaczego o tym piszę? Posyłam w świat wiadomość – warto mieć inspiracje, ale warto też być dla kogoś inspiracją, dobrą duszą. Dzięki takim ludziom nasz hałaśliwy, brutalny i pokręcony do granic możliwości świat jest lepszy i bardziej znośny. Jesteś dla kogoś wsparciem? Nie? Do dzieła! Zmień świat na lepsze. Nie dasz rady? Ty nie dasz rady?! :D

 

 


Trzymaj się ciepło, kimkolwiek jesteś!

AdaśGje

Kilka słów o tym, co we mnie siedzi…

Taaaaak… Jakiś czas temu przybyła ta właśnie koszulka (dla listonosza zerwałem się
 z samego rana o 9.30 :P. Specyficzne logo, które przyciąga ok. 2 mln widzów i wielu zdolnych wokalistów jako uczestników. Moje wielkie marzenie – żyć z muzyki, która wypełnia ten program…

Właśnie – marzenia, pasje – tym (i nie tylko) chcę się dzielić. Moich marzeń jest wiele, pasji kilka, ale przoduje muzyka i śpiew. Miałem 4 lata, gdy zacząłem śpiewać, ale uczyć się w tej kwestii zacząłem jakieś 2 lata temu dopiero (i to chyba niecałe), wielu występów nie mam, więc aż tak doświadczony nie jestem. Ale próbuję, ćwiczę, walczę (dziwię się, że jeszcze żaden z sąsiadów nie zapukał z pretensjami ani przez ściany, ani do drzwi. :P

A czym jest marzenie? Coś, co zagnieżdża się w Twojej głowie podstępnie i bezszelestnie i choćbyś rzucał(a) się jak tylko się da, to nie wyrzucisz cwaniaka. Spędza ci sen z powiek, zmienia kierunek Twoich działań. Hmmm… w moim przypadku chyba będę musiał stoczyć wielką wojnę… Wierzę, że skoro Pan Bóg zasiał takie a nie inne marzenie w mojej pustawej głowie, to zatroszczy się on o to, żeby się spełniło.

„Co ja tu z Bogiem wyjeżdżam nagle?” pomyślałeś(-aś) pewnie… Stare przysłowie mówi: „Bez Boga ani do proga”. Powtarzała mi to babcia, moja najlepsza przyjaciółka i cudowna osoba, którą kocham nad życie (ach, tak osobiste wyznanie!). Nie zamierzam ukrywać jakkolwiek tego, że wierzę, że Jezus Chrystus mnie kocha i za mnie umarł (nie, to nie jest efekt trwającego Wielkiego Postu). Mówcie co chcecie, ja wierzę i kropka :) 

Czy jestem w tej chwili gotów, żeby rzucić wszystko dla marzeń? Oczywiście, że nie! Marzenia są piękne, ale można do nich dążyć w inny sposób niż wywrócenie życia do góry nogami. Nie trzeba, ja wiem, uciekać z domu, inwestować mnóstwa pieniędzy w coś bezsensownego itp. Można spróbować zdobywać je małymi krokami. I ja tak spróbuję. Wiem, że mi się uda, bo On mi pomaga.

Jak śpiewał Jason Mraz – I won’t give up :) Nie poddam się. Za późno. Poświęciłem się temu. Studia? Bez obawy, skończę. Ale nie zamierzam zmarnować bezcennego czasu, jaki mi dano, na siedzenie w kancelarii adwokackiej czy radcowskiej. Przepraszam, po prostu nie. Czuję całym sobą, że to nie jest moja droga. Chcę być szczęśliwy. Chcę iść drogą, która jest mi pisana. Uśmiechnij się i do przodu! :) Jeśli masz doła – przesyłam mnóstwo wsparcia! Jeśli się cieszysz – cieszę się razem z Tobą :)

Dziękuję, że dojechałeś (-aś) do końca. Poplątane to jak i ja sam :)
AdaśGje